BOHEMISTYKA WROCŁAWSKA

remanenty pisarskie

Praga nostalgicznie (ze znalezisk w czeluściach komputera)

Ja na ścianie - Alenka.JPG

Bohaterka reportażu... na ścianie (Wydz. Filozoficzny Uniwersytetu Karola, rocznicowa konferencja słowenistyczna przed dwoma laty.)

 

Zofia Tarajło-Lipowska

Praga nostalgicznie (zapiski sprzed „aksamitnej rewolucji”)

 

Pobyt w obcym kraju ma posmak egzotyczny, choćby ów kraj był geograficznie bliski i podobny na pierwszy rzut oka. Tuziemcy patrzą na nas z uwagą, rozpoznawszy obce, czyli osoby „specjalnej troski”. Stoję w kolejce, której początek tkwi gdzieś za drzwiami, za którymi zbyt dużo biurokratyzmu, jak sądzi kolejka. Kolejka nie wierci się, nie protestuje, jak w moim kraju, pojedynczy petenci wyrażają jednak półgłosem dezaprobatę. Zachęcona atmosferą, niecierpliwa, również ja – jako wytrenowana na rodzimych kolejkach - wtrącam swoje trzy grosze. Kolejka cichnie, a osoby przede mną i za mną przyglądają mi się uważnie. Starszy pan objaśnia, że szalenie się mylę, jeśli sądzę, że wystąpiły tu jakieś niedokładności w pracy. Istnieją bowiem takie-a-takie trudności, obowiązują takie-a-takie zasady. Reszta z nagła  przychyla się do tego zdania i milknie, formując jeszcze bardziej równy i zwarty szereg. Podział „obsługujący–obsługiwani” znikł, została linia: „my, Czesi” i cudzoziemka. Współkolejkowicze natychmiast przypominają mi, że powinnam wypełnić kwestionariusz, który zresztą już wypełniłam, i kupić znaczek skarbowy, a gdy wracam ze znaczkiem, kolejka jak na komendę zwraca do mnie twarze i obserwuje moje kolejne stąpnięcia. Uwagi o zbyt wolnej obsłudze skończyły się jak uciął.

Na uczelni jesteśmy ustawione poza kolektywem nauczających. Wymieniają jakieś ploteczki, żarciki, informacje, mierząc nas spojrzeniem zwracają się czasem i do nas: tu jest taka sprawa, z którą panią TEŻ trzeba zapoznać. Ci bardziej dobroduszni przy spotkaniach pytają nas o samopoczucie i pogodę w naszym kraju. Ci, którzy mierzą w karierze wysoko, pozdrawiają nas tylko, okraszając pozdrowienie uśmiechem – nie za szerokim, ale takim, żeby nas ostrzegł przed zbliżaniem się do nich bez ważnego powodu. Zagadnięci o coś, zastanawiają się, czy wyjaśnienie najbliższe prawdy nadaje się dla CUDZOZIEMCA, w końcu wybierają odpowiedź zdawkową lub częściową. Niekiedy snują na nasz temat domysły i spekulacje – okrężną drogą dowiadujemy się o sobie rzeczy horrendalnych. My z kolei mówimy o nich z ironią - bronimy się przed nieprzyjaźnią za pomocą obniżania rangi przyjaźni, która nas nie spotkała.

Odrzuceni przez tubylców, zakładamy własne grupy towarzyskie, kliki i koterie. Grupy cudzoziemców w Pradze. Tę moją tworzy Alenka mówiąca miękko brzmiącym językiem południowosłowiańskim i Marta, której język etniczny brzmi jak płyta gramofonowa puszczona od tyłu. Z czasem poznajemy innych ludzi, pokrewnych nam przez obcość w tym kraju.

Od czasu do czasu jednak jadę do prawdziwego domu, do miasta, które przypomina ulubiony rozdeptany kapeć w porównaniu z tą Pragą - butem na niewysokim, ale solidnym słupku.  Pławię się w swojskości, rozkoszuję łatwością komunikowania się z otoczeniem. Trwa to krótko, tęskni się do malowniczości Pragi, do spaceru zaułkami Starego Miasta, a nawet do tego poczucia zawieszenia: jestem stąd czy outsiderem? Pociąga egzotyka prostych zdarzeń, zaskoczeń, którym nie ma końca, niewykradzionych jeszcze tajemnic, nieprzeczytanych  książek i niewyjaśnionych do końca obserwacji.

Dziwne, ale najlepiej po czesku mówi nordycka Marta. Uczyła się bowiem nie tylko na kursach dla CUDZOZIEMCOW, ale przede wszystkim w praskich piwiarniach – zna praski slang, barwny i ekspresywny. Czasem sklejamy razem czeski i angielski: - I look at you kriticky.  - Your stupidity mne překvapila. - Můj byvalý lover  says… (by-VAL-ý  LOV-er). Śmiejemy się, smakując tę eufonię.

Obcym językiem nie mówi się tak jak ojczystym i nie odbiera się go dokładnie. Obcą mowę się „cytuje” - nie wychodzi z naszych trzewi, jest jak fotografia, a nie jak żywe ciało. W trakcie żartów jedna mówi do drugiej: Ty jsi ale hloupá husa (głupia gęś). W macierzystych językach nie miałybyśmy odwagi odezwać się do siebie w ten sposób.

                                                        - - -

Honzik, znajomy Marty z piwiarni, pracuje jako hydraulik. Godziny pracy trawi w ulubionej „gospodzie”, a urzędniczka z administracji wprost od piwa odrywa go do naprawy zepsutych klozetów. Honzik zaprasza Martę na zabawę taneczną w okolicach Pragi, ale ona nie pojedzie sama, żeby ów Honzik „za dużo sobie nie myślał”. Zgadzam się na towarzystwo, bo nareszcie spotkam „prawdziwych” Czechów, poznam ich prywatnie. Apetyt na to miłe wydarzenie się zaostrza, a ciekawość aż mnie ponosi.

Trafiamy do Havránków, małżeństwa pod czterdziestkę, posiadaczy wyremontowanego domku na wsi, nowej i świeżo umytej „szkodowki”, a także dwojga nastoletnich dzieci. Havránek podtankuje się w trakcie zabawy i będzie się słaniał między całym towarzystwem. Havránková, ładna tą czeską przystojnością, kręci się po domu w starych dżinsach i boso. Na zabawę wystroi się w kremową suknię z narzutką, zmarznie niemiłosiernie, aż po dwunastej skapituluje i opatuli się jeszcze w sweter. Teraz kręci się po kuchni, podając „sekaną” (taki mielony klops) rodzinie i zapowiedzianym gościom, gadając zresztą bez przerwy i dominując nad gwarem rozmów i śmiechów. My jesteśmy niezapowiedziane (nie dogadałam się z Martą albo też Marta nie dogadała się dobrze z Honzikiem – ach, te języki!). Mój prezent, polska żubrówka nie cieszy się wielkim powodzeniem. Tu się pije „borowiczkę”, poza tym zielony likier miętowy, no i przede wszystkim piwo.

Na zabawę nie pójdzie matka Havránkowej, z górą siedemdziesięcioletnia, która właśnie zawija w papier kromki chleba i zakręca termos z herbatą. Noce spędza na portierni pobliskiej fabryczki i tak dorabia do emerytury. Havránková zrobiła maturę w wieczorowej szkole, poznała to grono prażaków i zaprzyjaźnili się. Nie są zdaje się zachwyceni, że Honza, miast adorować jeszcze niezamężne koleżanki, przywiózł dwie nieznane baby, a do tego cudzoziemki. Marta jednak wydaje się atrakcyjna jako przybysz z kraju kapitalistycznego, a poza tym biorą ją za najnowszą dziewczynę Honzika. Ja nie mam żadnych szans – wyczuwam niemą deklarację braku sympatii i zainteresowania. Odwrotu jednak nie ma, bo późny wieczór, do autobusu droga niebliska i nieprosta, a jako gość tolerowana jestem.

Ruszamy w tę ciemną noc na zabawę: duża sala, ławy i stoły pod ścianą, zimno okropnie. Na podium na przemian gra „dechovka”, czyli kameralny zespół instrumentów dętych, i zespół big-beatowy. Przy stołach sadowią się grupy młodych ludzi, jacyś wojacy na urlopie, starsze, godne pary w garniturach i sukniach z krempliny. „Dechovka” gra poleczkę, refrenista wyśpiewuje o „Haniczce” i „koniczku”, pary wywijają radośnie, mimo że sala nieprzytulna i ponura. W rogu sali kupuje się piwo, a na korytarzu jest okienko, gdzie na stojąco pije się „panaczka”, czyli mały kieliszek „twardego” (wysokoprocentowego) alkoholu.

Nudzę się tragicznie, dokucza mi głód, chłód i niechęć do jakiegokolwiek kręcenia się na parkiecie. Obserwuję wskazówki zegarka i zastanawiam się, jak przetrwać do pory, która by upoważniała do wycofania się i przespania choćby na skrawku podłogi, a jutro – hajda z powrotem do Pragi! Przegapiłam dania w bufecie (kiełbaski na ciepło i salceson na zimno) i teraz tam już nie mają nic. Na szczęście nasza gospodyni posyła do domu syna, piętnastolatka (który wprawia się w życie towarzyskie), po kromki chleba z „pomazanką”. I mnie dostaje się jedna.

Jak się zdaje, ogół przybyłego z Pragi towarzystwa intryguje nowy przyjaciel jednej z koleżanek, okrąglutkiej pani po czterdziestce. Zakochani czulą się do siebie, resztę nocy po tańcach spędzą na reprezentacyjnej kanapie gospodarzy, a obok na dywanie, zawinięci w koce, spać będą jej córka z narzeczonym. Gruba pani jest bardzo lubiana. Czarne oczka błyszczą w nalanej twarzy, nos świeci się pod pudrem, a pani nie ustaje w opowiadaniu kawałów prowokujących wybuchy śmiechu. Na parkiecie jej partnerowi coś nagle strzela do głowy i daje popis tańca solowego z figurami, rzucaniem głową i potrząsaniem ramionami, a potem pada na plecy i w tej pozycji wykonuje taneczne ruchy kończynami. Kiedy wstaje, cały brudny parkiet ma na białej koszuli. Pani otrzepuje go starannie, obciera brud, nie żałując haftowanych chusteczek. Śmieje się przy tym do łez i nie robi mu wyrzutów. Prorokuję im przyszłość.

O dwunastej jest tombola na estradzie, a obie orkiestry tymczasem jedzą i piją. Kupujemy parę losów po dwie korony, a potem defilujemy przez parkiet po odebranie nagród: drewnianej ryby do postawienia na komodzie oraz plastikowych foremek do wykrawania ciastek. Około pierwszej lecę z nóg, Marta też, więc gospodarze decydują się nas wysłać spać, przydając syna za przewodnika. Rozdawszy nam poduszki i coś do przykrycia, chłopak jeszcze chciałby z nami pogadać; połykając końcówki wyrazów snuje opowieść o komputerach, z którymi zetknął się w szkole. Półśpiąc przysiadłyśmy na brzegu kanapy, a dryblas gada i gada, rozpalony entuzjazmem.

Dnia następnego dostajemy zupę z pieczywem, ale doskwiera mi brak porannej kawy Proponuję Marcie jak najszybszy powrót do Pragi, a Honza, półżywy od potężnego kaca, też woli wracać z nami. Dziękujemy gospodarzom - obustronna ulga! I tak nie przyjęłam się również w tym środowisku, jak zresztą można było przewidzieć.

---------------------------------------

Tramwaj zjeżdża serpentynami drogi zwanej Chotkovą w dół, na Małą Stronę rozciągniętą przy Wełtawie. Unoszę głowę znad czytanego właśnie listu. żeby kontemplować wspaniały widok na setki dachów w rozmaitych odcieniach czerwieni, a nad nimi praskie wieże i kopuły kościołów, w oddali kamienne filary Mostu Karola na tle połyskującej Wełtawy. Balustrada podzielona na odcinki kamiennymi rzeźbami, a między nimi śmieszne, kolorowe główki idących mostem ludzi.

Okouzlení Prahou”, czyli oczarowanie tym miastem – to podobno choroba, na którą zapadają cudzoziemcy, którzy w bezpiecznym jeszcze czasie jej nie opuszczą. Czar starej Pragi działa jak narkotyk: raz to przeżyć i nie wyleczyć się z nałogu przeżywania tego ciągle. Giuseppe z Neapolu załatwia sobie kolejne stypendia i ciągle tu wraca, niemal obsesyjnie. Richard, artysta-plastyk z Niemiec mieszka tu już dwadzieścia lat, z czego przynajmniej osiemnaście zeszło mu na rozpamiętywaniu, po co właściwie tu siedzi, czy nie czas wyjechać.

Właściwym punktem wyjściowym jest Pohorzelec. Z Pohorzelca idziemy stromą uliczką w dół: po prawej za murem są „sady”, czyli wielki park z drzewami owocowymi na zboczu wzgórza, które wieńczy klasztor strahowski, a po lewej wąskie schody między kamieniczkami wiodą na Plac Loretański. Stąd blisko na Hradczany (a właściwie Praski Hrad, bo Hradczany to dzielnica). Właściwie jeszcze bardziej niż zwiedzanie ekscytuje mnie sylweta Hradczan widziana z różnych punktów Pragi, a najlepiej zza Wełtawy, np. z Nabrzeża Bedrzicha Smetany. Pamiętam widok z nadwełtawskiego końca ulicy Paryskiej tuż przed majową burzą: niebo w ciemnoniebieskim kolorze, jak rozlany cienką warstwą atrament, na tym tle ostry rysunek zespołu zamkowego, zza którego jakby emanowało światło. Zniewolona tym widokiem zaniedbałam wtedy ucieczkę przed ulewnym deszczem. W następnym roku majowa burza dopadła mnie wieczorem w Ogrodzie Waldsztejnskim w czasie koncertu symfonicznego. Przed strugami deszczu słuchacze uciekli do niszy koncertowej i otoczyli orkiestrę, która nie przestawała grać, choć grzmoty kontrapunktujące muzykę zdominował krzyk hodowanych w ogrodzie pawi.   

Dalej idziemy stromą uliczką Úvoz (Wąwóz), która przy schodach wiodących do Praskiego Hradu przechodzi w spadzistą ulicę Nerudovą. Miniemy kilka piwiarni, dojdziemy do Placu Malostranskiego, którego środek zajmuje zespół domów z wyraźną i potężną bryłą kościoła Św. Mikołaja, zwieńczoną okrągłymi wieżami – inaczej niż typowe dla Pragi wieże graniaste czworokanciaste, z których każda na rogach ma jeszcze małe wieżyczki. Centrum Małej Strany to ulica Mustecka, która łączy plac Malostranski z mostem Karola. Strumienie turystów ciągną w te i wewte, zatrzymują się w miejscu. Najlepiej przyjść koło godziny pierwszej, bo wtedy w piekarni na Musteckiej wykłada się „ręcznie wytwarzane” pieczywo, jak głosi napis. Pachnące, świeżutkie, wielkie, słone rogale słowackie, kruche wypieczone rogaliki z serem, śmieszne „uzly”, czyli węzły splecione z kawałka ciasta, oraz „bochanki” - słodkie bułeczki drożdżowe, połyskujące białkową powierzchnią, posypane orzeszkami i rodzynkami. Kroczymy dalej z policzkami wypchanymi pieczywem, wcisnąwszy w torbie kilka sztuk „na potem”.

Most Karola jest miejscem wspaniałym. Za i przed nim dwie stare dzielnice ekscytujące wyobraźnię: Stare Miasto i Mala Strana. Z prawej i z lewej harmonijne widoki Wełtawy, z każdej strony przekreślonej rysunkiem następnych mostów. Nawet ludzie na moście Karola nabierają jakichś cech niecodziennych: ich wygląd, ubiór, zachowanie staje się znaczące, zwłaszcza kiedy kroczą wzniesionym nieco środkiem mostu. Most wymaga kroku wolnego, acz śmiałego.

Na moście Karola rozkładają swe kramy artyści malarze i  rysownicy, jacyś więksi i mniejsi operatorzy pędzla i ołówka, sprzedawcy pamiątek. W soboty i niedziele bywa tu człowiek, którego w myślach nazywam „kiczownikiem” i zawsze szukam wzrokiem wśród wystawiających. Jego widoczki są okropne, namazane kolorami bez koncepcji, z krzywą perspektywą, z rozpaczliwymi pretensjami do realizmu.  Jednocześnie pacykuje następne, choć nie wydaje mi się, by którykolwiek sprzedał.

Za mostem Karola można się wślizgnąć w oazę względnej ciszy – dziedziniec Klementinum, mieszczący bibliotekę uniwersytecką i narodową. Przestrzeń okrążona wysokimi murami, powietrze nieruchome. Ciepło, parno, nawet roślinność jest jakaś inna niż za murem, słychać świergot pojedynczych wróbli. Wychodzę stąd bocznym wejściem – i jakbym się znalazła w innym świecie: gwar, ruch, sznur turystów i rodziny prażan na sobotnich spacerach. Przepoczwarzam się z cierpliwie pracowitej badaczki źródeł książkowych w beztroską turystkę: plecy mi się prostują, głowa podnosi, ręką poprawiam uczesanie...

Klementinum jest już w Starym Mieście, dzielnicy chyba niemożliwej do zbadania. Wydaje się, że wciąż istnieją jakieś zaułki, wąskie uliczki, przejścia nietknięte stopą, w których znajdę fragment starego szyldu lub ogłoszenia wymalowanego na złażącym ze ściany tynku, kamienną rzeźbę nie wiadomo czego, ciekawy portal nad bramą, nieznaną jeszcze winiarnię, staruszka, który wyniósł sobie krzesło, siedzi na pól w sieni, pół na chodniku i patrzy na ludzi. Stare Miasto najlepiej zwiedzać „na węch”, przechodząc z uliczki w uliczkę, wybierając te najwęższe i najbardziej pokrętne, popatrując sobie na stareńkie, przeżarte grzybem i zniszczone czasem kamieniczki, podparte drewnianymi balami, obudowane rusztowaniami, czekające na swą kolej do renowacji.

Za Rynkiem Starego Miasta było getto żydowskie, pod koniec ubiegłego wieku zburzone ze względów sanitarnych. Rynek od Wełtawy oddziela teraz dzielnica pełna monumentalnie wspaniałych secesyjnych kamienic, pełna malowideł na ścianach, złoceń i stiuków. Dobrze przejść się tu i tam, napatrzyć, nawdychać atmosfery. Secesja emanuje kiczowatą łagodnością dekoracji, ulice są proste i szerokie. Kroczy się tamtędy wśród tej fin-de-siecle’ovej elegancji, a na myśl przychodzą felietony Mileny Jesenskiej o modzie aktualnej w latach dwudziestych. Jakże stylowo wyglądały na ulicy Paryskiej panie ubrane według jej wskazówek, jakże do secesji nie pasują te dziewczyny w różowych i białych pikowanych kurtkach!

Ulica Paryska zawsze kojarzy mi się z babcią Wiktorią z Drohobycza, która w latach dwudziestych-trzydziestych zadawała szyku na drohobyckim „corso” i której malownicze opowieści były jak żywcem wyjęte z opowiadań Hrabala. Panie spacerujące po corso – twierdziła babcia - nosiły się tak elegancko, że Drohobycz nie bez kozery nazywano „małym Paryżem”.

---------------------------------------

Przekraczanie granicy państwowej: prawie pusty przedział pociągu, wąskie zakurzone siedzenia, czarna noc za oknem, a w przedziale obok podpici „gastarbajterzy” wyśpiewujący „Niech żyje nam rezerwa”. Pociąg przyspiesza, kolebie na zakrętach. Co mnie czeka? Ciemne rano, smętny postój taksówek przed dworcem, ziąb okrutny, deszcz siąpiący na bezładną kolejkę. Większość to podróżni, ostrożnie przestawiający wśród kałuż swe bagaże, ale zawsze pojawi się paru zapóźnionych balowiczów z pobliskich hotelowych dansingów, wywrzaskujących coś po pijanemu i ściskających w objęciach partnerki. Taksówka zajeżdża jakby ospale i niechętnie. Długi dzwonek do drzwi domu. Smutny, deszczowy ranek, przespany w całości. Mleko w garnuszku, chleb z pobliskiej piekarni, za którym tęskni się w Pradze pełnej „rohlików”.

Tymczasem w drzwiach przedziału staje żołnierz ze służby granicznej. Paszport, baczne wejrzenie, sprawdzanie w grubym notesie, stempel. Cos z naszym wagonem niedobrze, bo z korytarza sączy się dym o zapachu ni to wilgoci, ni to stęchlizny. A co z celnikami? Idą, nie idą? Zechcą otwierać torbę czy dadzą spokój? Oby jak najszybciej te formalności, a potem niech pociąg pędzi gładko i równo: do domu, do domu, do domu! W oknie odbicie postaci stojącej na korytarzu. Pryszczaty facet, z głową dawno niemytą, wydmuchuje dym papierosowy w uchylone okno. W przedziale ma torbę wypchaną do granic możliwości, a do niej przytroczone jeszcze plastikowe zabawki. Wypił ze trzy, a może więcej piw, głowa mu się kręci, ale myśli ma promienne. – Ej, Jasiu! – nawołuje. Jasiu to stary dobry kumpel z placu budowy.

Jasiu z kumplem pakują się do przedziału i wyjawiają, że zapłacili po sto koron cła. A tu jak poszło? Rzuciwszy okiem na mój niewielki bagaż, rozpoczynają instrukcje. Otóż „na pusto” jeździć się nie opłaca, wozi się to, to i to. Da się to opchnąć bez problemów, ale najlepiej mieć kogoś stałego, kto zabierze i zapłaci, bez łaski. – A gdzie pani pracuje? – dowiadują się jeszcze. Odpowiadam szczerze, ale nie wypada to dobrze. Uniwersytetom się nie dowierza. Opuszczają przedział, a Jasiu, już w drzwiach, mówi otwarcie: – Pani to może donosi. My się trochę boimy.

-------------------------------

W soboty i niedziele prażanie jadą na weekend, czyli „na chałupy”, a przyjeżdżają rodziny z okolic Pragi oraz wycieczki z prowincji, mieszające się z dziwnymi typami z hoteli „Europa” czy „Ambasador”, które epatują bogatą secesją wewnątrz i zewnątrz. Plac Wacława wieńczy pomnik króla Wacława IV na koniu, zwany przez praską młodzież „dżokejem”. – U džokeje v pět – umawiają się na piątą po południu. Wczesnymi wieczorami król Wacław stoi więc w otoczeniu gromady chłopców: włosy nastroszone i popryskane kolorowym lakierem, w pastelowych, sportowych bluzach. Zaraz nadejdą dziewczyny, będą parami krążyć po placu Wacława (Vaclaváku), liżąc lody i przystając przy każdej wystawie, aż zdecydują, jaki będzie dalszy ciąg romantycznego wieczoru.

Ulica Vodiczkova (zwaną tak na pamiątkę mieszczanina Vodiczki, który miał tu aż trzy kamienice) jest wąska, trzeba się przepychać. Lubię dojechać tam metrem, a potem  wynurzyć się nagle w tłumie ludzi. Przecznicą Vodiczkovej można dojść do Jungmannowej, a Jungmannową do urokliwego placyku wokół pomnika Jungmanna, do którego z drugiej strony wpada ulica Na Mustku. Na Mustku to krótki deptak ze słynnym antykwariatem. Największym rarytasem antykwariatu jest siwa pani z koczkiem na stoisku książek obcojęzycznych. Włada wieloma językami, wyciąga na rozmowy cudzoziemców. Młody Żyd z Ameryki, z brodą i w jarmułce, szuka jakiś wydawnictw o sztuce. Siwa pani przy tej okazji deklaruje znajomość rzeczy, powołując się na Galerię Guggenheima w Nowym Jorku. Stary Niemiec jest kolekcjonerem map – siwa pani sprawnie przechodzi na niemiecki. Para Japończyków z synkiem szuka książek z ilustracjami Josefa Lady. Głośna rozmowa po angielsku o Ladzie ściąga uwagę obecnych – podnoszą głowy znad przeglądanych książek i zerkają ciekawie. Ponoć języki włoski i francuski też nie są siwej pani obce.

Dzieckiem marzyłam o pracy bibliotekarki, która, jak mi się zdawało, boską ma wiedzę i władzę, bez problemu sięga po każdą pozycję z ogromnego, jak sądziłam, i tajemniczego zbioru książek. Moja biblioteka nie miała wolnego dostępu do półek, męczyła mnie ciekawość tych książek, których mi bibliotekarka nie proponowała, które stały na półkach obłożone w papier pakunkowy, tajemnicze, odwrócone do mnie grzbietami. Myślałam, że gdzieś w tych książkach jest recepta na niedopasowanie do świata, jakieś wytłumaczenie sensu, jakieś magiczne zaklęcie, dzięki któremu wszystko odmieni się na lepsze. Może i jest, ale takiej książki szuka się w bibliotekach i antykwariatach praktycznie przez całe życie.

Usiądźmy sobie na ławeczce i popatrzmy na Wełtawę, w tym miejscu spiętrzoną przegrodą, na Praski Hrad za rzeką, na uroczy zakątek pod wierzbą płaczącą u wejścia do Muzeum Smetany. Może skoczymy sobie tu naprzeciw do Teatru „Na zábradlí” (Na balustradzie). Przed przedstawieniem możemy wypić wino w bufecie. Jakim przedstawieniu? No przecież pantomima „Sny” Jaroslava Fialki! Ilekroć kupię bilety do „Na zábradlí”, zawsze okazuje się, że dają „Sny”! Pewnego razu wyjdę z rzędu widzów, wejdę na scenę i zagram.. Wśród mimów nastąpi konsternacja; jeden będzie biegał po scenie, trzymał się za głowę i pokazywał, że lamentuje, a inni będą mnie przeganiać gestami, nie wydając oczywiście głosu.

-------------------------------------

Nie mogę pisać, bo jestem chora. Przeziębienie długie, przerastające w całe tygodnie niedomagań, okazuje się zapaleniem płuc. Co wtedy czułam? Po pierwsze lęk, że nigdy nie wyzdrowieję. Lekarka robi wrażenie osoby niekompetentnej: lekceważy objawy, w czasie wizyt gada o czymś innym, wreszcie przepisuje jakiś lek dostępny i bez recepty – słowem, spławia mnie po prostu. Włażę więc w chorobę coraz głębiej, aż po trzech tygodniach prawda wychodzi na jaw...  lekarka nieco skonfundowana.

Alenka codziennie robi mi zakupy, posiedzi czasem trochę. Zdaję sobie sprawę, że jestem nudna – rozwlekle opowiadam o swych troskach, fazach choroby, pesymistycznych przypuszczeniach. Świat się pomniejsza do pokoju z przyległościami, istnienie czegoś tam-na-zewnątrz wydaje się nierealne. Jestem w Pradze i w nie-Pradze. Jestem wszystko-jedno-gdzie, wyjść i tak nie mogę. Hradczany, Wełtawa Stare Miasto mnie nie dotyczą: mieszkanie jest zawieszone gdzieś między niebem a ziemią, leżę w nim jak w kołysce bujającej się w kosmosie.

Oglądać telewizję można nawet w pozycji horyzontalnej, ale do czytania trzeba się podnieść nieco i oprzeć na poduszkach. Wczytuję się w stare numery literackich miesięczników: są ciekawe, ale jednak mam poczucie marnowania czasu. Przygotowanie jedzenia i zmycie naczyń to praca ciężka, ale czasem zdobywam się jeszcze na wyłożenie pasjansa. Jeśli nie wychodzi, uciekam się do sztuczek z zamianą kart, oby tylko mój wysiłek nie poszedł na marne, oby finał był optymistyczny. Za oknem wiatr wygrywa jednostajną, wysoką nutą na jakimś rozpiętym drucie (antenie?) - melancholijny, monotonny dźwięk trwa niekiedy całe noce. Czasem drażni mnie nie do wytrzymania, jeśli się dobrze wsłuchać i nie umieć przestać go słyszeć. Potem, już w domu, zdarza mi się go słyszeć jakimś wewnętrznym uchem: zasypiając tęsknię do niego, nostalgicznie i nienawistnie.

Choroba zagarnęła mnie całą, zmieniła mój tryb życia i osobowość. Jestem teraz starym człowiekiem, ześrodkowującym się na sobie, na swoim organizmie, na swym wnętrzu. Nie ma we mnie tej żądzy doświadczenia czegoś poza mną, ciekawości wydarzeń, sytuacji, poznawania nowych ludzi. Jedyne żywsze uczucie to nadzieja. że jak ten stan się skończy, to frunę w przestrzeń miasta.

Wiosna banalnie przynosi zmiany: zmarzłe na śmierć drzewko dzikiej wiśni (a zima była sroga tego roku) budzi się do życia tak prężnie, jak kocię Marty – kłębek futerka, skorego do skoku i do drapania. Życie powraca „tchnieniem wiosny” - ledwie co ozdrowiała wędruję śliskimi od błota ścieżkami dalej na przedmieście, między niskie, prowincjonalne kamieniczki. Po godzinie spaceru oddycha mi się jednak ciężko, rychło zatem wracam i znów zapadam w sen w swej kołysce, i znów się budzę, zapadam w sen i zdrowieję, bliższa już wiosny niż zimy.

Prześladowała mnie myśl, że z choroby już nie wyjdę, bo kazałam ściąć drzewo zasadzone mniej więcej w czasie mego urodzenia. Ryczące elektryczne piły usunęły gałęzie, a potem od czubka oderżnięto po kawałku pień, którego kawałki z łoskotem padały na ziemię. Został płaski pieniek, płaczący pomarańczowymi łzami. Chorobę, na którą zapadłam parę miesięcy później, widziałem jak palec Boży, jak karę za dopuszczenie do likwidacji tej świętości. Nocami śnił mi się pień z wyciekającymi sokami i odrąbane członki drzewa walające się po ogródku.  Ciągle coś ubywa nam z życia: ktoś umiera, ktoś odchodzi, kogoś się opuszcza, żegna, wyrzuca przedmioty.

Następna niedziela. Idziemy z Alenką na spacer na Dziką Szarkę. To nie tylko miejski park, ale i rezerwat przyrody. Peryferyjne uliczki wiodące nas doń za kilka lat znikną zastąpione przez dzielnicę nowych bloków. Stare domki, dawno nie tynkowane, rzadkie kocie łby, goła ziemia z resztkami zeszłorocznych badyli, bezlistne gałęzie drzew i krzewów, kubeł wywrócony, śmieci walają się po ulicy, fruwają z wiatrem. Ja jestem jednak zachwycona: po przypominającym szpital wnętrzu naszego hotelu (wykładzina nabłyszczana pastą, gładkie olejne ściany, szklane drzwi, winda jak pudełko) ta brudna na przedwiośniu, chaotyczna przyroda wydaje mi się kwintesencją naturalności, samą głębią i istotą życia. Zachwyca mnie na przykład chudy kot na płocie. Kot! Jak dawno już nie widziałam kota! Wpatruje się w nas skośnymi oczami i czmycha od wyciągniętej ręki.

Pierwszy wyjazd do centrum Pragi! Najpierw w tłumie obco i dziwnie – przyglądam się ludziom, mając wrażenie, że wszyscy śledzą wzrokiem akurat mnie. Dwa miesiące w kołysce o białych ścianach okazują się jednak snem już prześnionym. Wyrwa czasowa klęśnie, brzegi „przed” i „po” się zbliżają, wraca poczucie normalności.