BOHEMISTYKA WROCŁAWSKA

Uniwersytet Wrocławski

Moje przeboje z panem Martinkiem – i o kotkach będzie też!

19904948_1584778381546173_6483649073172397149_n.png

Przede wszystkim pan Martinek się myli, jeśli mnie straszy, że nie wolno mi na blogu umieszczać jego listów do mnie. Wolno mi, bo wysłany do mnie list staje się moją własnością. Nie mogę tylko szerzyć danych osobowych nadawcy, ale ja tego nie czynię.

Natomiast panu Martinkowi nie wolno szerzyć kłamstw o mnie ani pomówień – nie wolno mu było w komentarzach do tego blogu napisać, że w swojej „Historii literatury czeskiej” przetłumaczyłam kilkanaście stron z ołomunieckiej publikacji „Panoráma české literatury”. Było to jawne oszczerstwo – mogę więc podać go do sądu o zniesławienie (dowód mam, bo jego komentarze zachowałam, zresztą komputerowy ekspert z łatwością je odtworzy).

Rozumiem, że pan Martinek chciał się dostroić do poziomu wrocławskich „naukowych” współpracowników (rzucających bezpodstawne oszczerstwa na pana Lipowskiego – patrz wpis: Z przygód Jaroslava Lipowskiego na Uniwersytecie Wrocławskim - czyli fałszujących anonimy i pomawiających pana L. o ”wyłudzenie pieniędzy od państwa polskiego”).

Jeśli wytoczę panu Martinkowi proces o zniesławienie mnie posądzeniem o plagiat (chodzi o rzekome przetłumaczenie kilkunastu stron z ołomunieckiej książki i podanie tego jako swojego dzieła), to czy Uniwersytet Wrocławski udzieli mu takiej samej podpory prawnej, jakiej udzielił pani Annie Paszkiewicz, czyli deleguje do obrony kierownika korpusu prawników, zatrudnionego na Uniwersytecie Wrocławskim, a do sądzenia tejże sprawy załatwi panią adiunkt z Wydziału Prawa UWr. ???   To naprawdę ciekawe, jak się UWr. wtedy zachowa.    

 

Od późnych lat 90. XX wieku zainteresowania naukowe pana Martinka koncentrowały się na polskiej literaturze Zaolzia, publikował na jej temat kolejne treści, wyliczające powstałe tam polskie utwory. Na tym tle między nim a mną doszło nawet do konfliktu interesów. Wymieniany kilkakrotnie na tym blogu Dr. Vladimír Macura (którego śmiało mogę nazwać mentorem mojej pracy habilitacyjnej), dyrektor  Instytutu Literatury Czeskiej Akademii Nauk RCz, utworzył zespół do napisania historii literatury współczesnej z ziem czeskich, bez względu na językowe podziały (mam dotąd konspekt tego dzieła). Zaproponował mi uczestnictwo w projekcie przez napisanie o polskiej literaturze na ziemiach czeskich. Był to dla mnie zaszczyt, a poza tym często wtedy jeździłam na Zaolzie z powodów rodzinnych (prof. Jaroslav Lipowski, podobnie jak obecnie najbardziej popierany kandydat na prezydenta Rep. Czeskiej, prof. Jiří Drahoš, pochodzi z Jabłonkowa). Tymczasem do dyrekcji Instytutu Literatury Czeskiej w Pradze zgłosił się pan Martinek (jeszcze magister) i zaproponował, że to on tę część napisze, a jeśli mnie od tej funkcji nie można odsunąć, to pisać będziemy „razem” (opowiadał mi następny dyrektor, wyraźnie mi tej ewentualności nie polecając). Tymczasem, jak to bywa w życiu, sprawa sama się rozwiązała, bo Dr. Macura po krótkiej chorobie zmarł, a nowa Redakcja przedsięwzięcie „historii literatury z ziem czeskich” uznała za zbyt ryzykowne pod względem naukowym (istniały zresztą argumenty przeciw temu, trzeba przyznać).

      Osobiście poznałam pana Martinka (jak pamiętam) w lipcu roku 2000 na Światowym Kongresie Bohemistycznym w Pradze. Jakoś tak się stało, że wzięłam go wtedy za Greka, ale dobra czeszczyzna rozwiała moje wątpliwości. Tym niemniej rzeczywiście, pierwsze prace tego pana na temat literatury czeskiej dotyczyły czeskojęzycznych pisarzy greckiego pochodzenia (było ich trzech, dodam, parafrazując Poláčkowski tytuł „Było ich pięciu”).Wchodzimy tu jednak w sferę pogłosek, plotek, pomówień, których chciałabym uniknąć, nie rozwijajmy więc  tej sprawy, tym bardziej że żył wtedy jeszcze szef, doc. J.U., a poza tym z innych powodów gęste chmury zaczęły się gromadzić na rodzimą uczelnią pana Martinka. On sam jest osobą, która bynajmniej łatwa nie jest, ale jednocześnie wesoło się o nim mówiło na towarzyskich spotkaniach pokonferencyjnych.   

Nie mam tu zamiaru charakteryzować całego dorobku naukowego (czy „naukawego”) tego pana, wypowiem się tylko o współpracy (jeśli można to tak nazwać?). Poznawszy kilkoro moich kolegów, pan M. adresował do nich prośby o przetłumaczenie na polski swoich artykułów, które następnie umieszczał w materiałach śląskich czy opolskich. Publikacje zagraniczne liczyły mu się do kariery. Nie płacił za to, rewanżował się czeskimi książkami (kupionymi gdzieś w przecenie i w gruncie rzeczy niepotrzebnymi). W końcu jedna z koleżanek nie wytrzymała i spytała mnie, czy ona rzeczywiście „musi” robić mu taką niemałą grzeczność. Odpowiedziałam, że skoro jeden artykuł już mu przetłumaczyła, to już dalszych nie musi, może odmówić.

Historia, jak pan M. mnie „zastąpił na Uniwersytecie Wrocławskim”, też jest śmieszna. Otóż pan M., otrzymawszy taką propozycję od od dyr. Paszkiewicz,  zrazu odmówił – i natychmiast zgłosił się go mnie po nagrodę, bo wiedział, że sprawa jest wycelowana w robienie mi na złość. W liście do mnie opisał swoją nieugiętą i korzystną dla mnie postawę oraz poprosił, żebym o tym wspomniała jego czeskim, co bardziej utytułowanym, kolegom (wiedział, że mam z nimi kontakt). Poprosił też o oddanie mu do zrecenzowania rozprawy mojej czwartej z kolei doktorantki, na co odpowiedziałam, że jego dorobek naukowy jest  - delikatnie mówiąc – różny od zakresu tej rozprawy.

Tymczasem pan Martinek został czeskim docentem, do dalszej kariery naukowej potrzebował doktorantów. Poszukiwał zatrudnienia razem  „z doktorantami”. Odmówiły mu czeskie bohemistyki, ale tymczasem pani Paszkiewicz jeszcze raz posłała do niego panią Zurę, oferując transakcję wiązaną, czyli poza tym doktorantów. I tu pan Martinek nie zdzierżył, zgodził się na nowy etat, a łechtany odpowiednio  przez swoje protektorki (czyli panie Paszkiewicz i Zurę) zabrał się do deprecjonowania mojej osoby i mojego dorobku naukowego. Na tymże blogu w  roku 2012 umieścił 5 komentarzy podpisanych imieniem i nazwiskiem, w których m.in. oskarżył mnie o plagiat (uśmiałabym się, gdyby nie było to takie wstrętne) oraz kilkakrotnie zacytował fragmenty recenzji mojej „Historii literatury czeskiej” pióra wrocławskiego polonisty prof. K.

Zagadkową jest sprawą, w jaki sposób pan Libor Martinek miał do niej dostęp, skoro nie istnieje procedura, która by ten dostęp umożliwiała? Ale przecież pisałam, że poziomy otaczających go wrocławskich naukowców oraz jego samego do siebie przystają. Udostępniła mu ją pani dyrektor IFS UWr. Anna Paszkiewicz (która i tak nosiła ją ze sobą po Instytucie na Pocztowej, a jak kogoś lubiła, to dawała poczytać), a ona z kolei ją dostała od dziekana Wydziału Filologicznego Michała Sarnowskiego.

Swoją drogą pan Libor Martinek oszukuje własne państwo. W odpowiedniej jednostce czeskiego Ministerstwa Szkolnictwa sprawdziłam, że panu M. jako „samodzielnemu pracownikowi naukowemu” (za którego uchodzi w Polsce i w Czechach) wolno jest mieć dohromady najwyżej 1,4 etatu, żeby nie obniżać swego poziomu naukowego. Zadałam oficjalne pytanie osobie, która sama jest profesorem i prowadzi tę komórkę  -  ona w ten sposób mi odpowiedziała.

A tymczasem pan Martinek na samym Uniwersytecie Wrocławskim ma niemal dwa etaty (nie wspominam tu o jego zasadniczym etacie - na Uniwersytecie w Opawie)! Tej treści pismo Uniwersytet Wrocławski przedstawił w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu (mam ten dokument). Skąd te dwa etaty, aż tyle godzin literatury tam się nie uczy… Otóż pan Martinek prowadzi tam lektoraty języka czeskiego jako obcego na studiach magisterskich. Bo on akurat ten język umie… Inna rzecz, jak prowadzi, pisała o tym do mnie, bardzo ciekawie i obrazowo, jedna ze studentek (patrz wpis: Studentka bohemistyki pisze). Przeczytajcie! To dopiero jest „wyłudzanie pieniędzy od państwa polskiego”, prawda?!

A kotki? Otóż kilka lat temu na tym blogu napisałam coś krytycznego o panu Martinku. Wystosowała wtedy do mnie list jego doktorantka, zapewne inspirowana przez promotora. W liście zapewniała mnie, że jest akurat odwrotnie, że promotor „bardzo jej pomaga i udziela wskazówek”. W finale listu jednak zrobiła znaczącą niezręczność: mnie - autorkę historii literatury czeskiej, jednego z nielicznych profesorów tej specjalności  – ona - doktorantka pisząca o czeskiej literaturze - zapytała, czy to prawda, że napisałam książkę o kotkach. Bo ona bardzo lubi kotki.   (Inna „bohemistka” UWr. całą swoją rozprawę doktorską poświęciła kotkom-pieskom.)

A co na to aktualny dziekan, ktoś może zapyta? Otóż aktualny dziekan w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu na rozprawie, w mojej obecności oświadczył, że… nie wie. Instytut Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego jest od Wydziału Filologicznego tak mocno oddalony, że on po prostu nie wie, co się tam dzieje. Sędzina na to gorliwie kiwała głową, że tak…, ona rozumie, o co tu chodzi.

 

Ja tego nie rozumiem. Jeśli nie chodzi o naukę, to o co?

 

Zofia Tarajło-Lipowska

 

 

P.S. Ciekawe, w jakim stopniu p. Martinek uczestniczy „w nowym projekcie” UWr., a mianowicie w usytuowaniu środkowej Europy na Ukrainie (czyli w badaniu środkowej Europy pod wodzą kilkorga ukrainistów) . Kiedyś Czechy miały być w centrum Europy, w połowie drogi między Petersburgiem a Rzymem – Praga miała błyszczeć w środku jak pączek róży (takich emfatycznych określeń używali czescy budziciele). Zgodnie z tym wyobrażeniem w roku 2011 załatwiliśmy „duży” Grant Wyszehradzki, czyli 50 tys. euro, pod jednym warunkiem ze strony grantodawców: żeby przez minimum 6 lat ta specjalizacja magisterska wypuszczała co roku po kilku magistrów. Właśnie teraz  wywiązalibyśmy się z tego, a Uniwersytet Wrocławski zarobiłby 50 tys. euro. Ale nie – rusycyści przegłosowali, że to się nie opłaca, bo nie „my” zarobimy (chodziło o koleżeńskie grono rusycystów), tylko obcy, dobrze wtedy słyszałam.   (Może by tak urządzić konferencję „Swój zarabia – obcy nie ma prawa zarobić”?)

Pan Martinek i tak nie dałby sobie z tym rady. Między innymi dlatego, że przyjeżdża co dwa tygodnie i ma prawie 200 godzin w każdym semestrze. 

 

      I JAKI WNIOSEK Z TEGO WYPŁYWA?

Czytajcie „Śmierć dziekana. W studni złych emocji” i „Recykling” - z tego więcej się dowiecie i nauczycie niż z fałszywych min i spojrzeń „pocztowych” paniuś i panaczków oraz z szeptów tychże ekspertów (bo nie znają języków). A czeski można sobie dorobić w Czechach, polecam kilkutygodniowe, tanie i wysoko cenione kursy dla cudzoziemców w Brnie.

smierc-dziekana,big,531195.jpgOkład Recyk.png

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z bajek ze starej poczty:

O pożądaniu królewien

W Zagwozdkowie nie pachniało już od dłuższego czasu, a ostatnio zaczęło po prostu śmierdzieć. Nie udawało się tego faktu ukryć, bo fetor rozprzestrzenił się na całą okolicę. Ci, których ten smród drażnił, wynieśli się na inne podwórka, pozostali tylko ci, których Zagwozdkowskie zepsucie cieszyło skrycie, gdyż łatwiej było w nim ukryć własny gnilny proces.

Aby jednak Zagwozdków pozostał turystyczną atrakcją dla Europy i Eurazji, na miejsca dziwolągów, co się powynosiły, trzeba było znaleźć kilka innych rzadkich okazów. Niełatwe, ale cóż trudnego dla sługusa gorliwego? I muszącego?

Pierwszy przyleciał Bejby Klokánek, a właściwie nie przyleciał, bo latać nie umiał, tylko przydyrdał w te pędy, gdyż skrzydła smocze okazały się atrapą. Za założenie nowego gniazda w Zagwozdkowie zażądał – bagatela! – królestwa i pół królewny! Bejby Klokánek na gwałt bowiem potrzebował królewien jako niezbędnych do wygrzebania się na Smokanta vel Cmokanta, albo nawet –  mój Boże! – na Smoczychę Profesjonalnego, najwyższą formę ewolucji gatunkowej.

Półkrólewna rozełkała się i pokropiła łzami rzęsiście na wieść, że miałaby zostać smoczą. - Wolę Niemca niż odmieńca, ...a nawet czerwieńca – powiedziała stanowczo i ukryła się głęboko w jamie, własnoręcznie wygrzebanej pod pobliską Wieżą  Padłej Wiśni.

Ale wygibasy grupy tańca nowoczesnego tow-tow (czyta się tau-tau, żeby ktoś nie pomyślał, że to ryt już nieaktualny) pozwoliły na ugodowe zakończenie naszej nieprzyjemnej historii, czegóż bowiem mielibyśmy się szczypać? W herbie Zagwozdkowa widnieje smok tańczący Polkę (chodzi oczywiście – ale pst, sza... - o jednego ze skrybów-anonimów tow. K. Pałkę, ale komputer pomylił litery). Rozkoszne kangurzątka, uskrzydlone wyłącznie jako podpaski, siusiają w pieluszki, grzecznie oszczędzając domowe pielesze, choć i te, jak się rzekło, zalatują. Druga połowa królewny zaś nie śpi po nocach, a rano miewa bóle półgłowia oraz podkrążone oko, usilną ekspansją zdobyte.

Zofia Tarajło-Lipowska