BOHEMISTYKA WROCŁAWSKA

Uniwersytet Wrocławski

Jak rusycyści podwyższyli sobie pensje kosztem bohemistów

Naukowcy na uniwersytetach u nas (mam na myśli znane mi państwa „wyszehradzkie”) opłacani są nieszczególnie, mówiąc eufemistycznie. Profesor w zakresie humanistyki dostaje miesięcznie koło tysiąca euro (przeliczając nań złotówki), podczas gdy podobny profesor w Niemczech czy Włoszech dostaje siedem-osiem razy tyle i zapewne bałby się o swój autorytet, gdyby nielegalnie dorabiał na drugim czy trzecim etacie (patrz p. Martinek) lub "załatwił" sobie kilkaset euro za fikcyjne wykłady Erasmus (patrz: trzy panie dyrektor mistyfikują wrześniowe wykłady w Wilnie czy w Rydze, podczas gdy zajęcia zaczynają się tam w październiku).

W pogoni za podwyżką (kolejną podwyżką?), nawet o te kilka setek złotych, niektórzy łamią sobie zatem kręgosłupy moralne. Nie mówię tu o systemowych podwyżkach z powodu podniesienia stopnia naukowego lub awansu, nie mówię o podwyżkach „odgórnych”, kiedy uczelnia czy resort dostaje jakiś pieniężny zastrzyk przeznaczony na dźwignięcie się uposażeń. Z tego tytułu rzeczywiście kilka razy dostałam podwyżkę, ale na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego pensję wciąż miałam najgorszą: patrz wpis „Siłą bezsilnych jest jawność III”, część „Ekspozycja”.

Czemu najgorszą? Otóż do podwyżek istnieje też trzecia droga.

Podwyżki przyznanej "trzecim sposobem" nie dostałam nigdy (p. Lipowski też nie) -  do jesieni roku 2010 (moja wizyta u prorektora) nawet nie wiedziałam o tym sposobie. Podejrzewam, że nikt z bohemistów podwyżki w ten sposób "wygospodarowanej"   nie dostał, może z wyjątkiem dwóch-trzech pań, którym w ostatnich latach udało się wetrzeć we „właściwe jądro” IFS Uniwersytetu Wrocławskiego (?)  „Właściwe jądro” to grupa rusycystów, którzy razem studiowali około lat 70. zeszłego wieku i razem mieszkali w akademiku na ul. Wojciecha z Brudzewa (pani dyrektor z rozmarzeniem to wspominała: „...tam Marysia, tu Wiesia, tam Michał, tu Janek, niżej Tadek, obok Krzysiek...” – podane tu imiona oczywiście są hipotetyczne). Każdy zresztą obok kogoś mieszkał i z kimś studiował, ale kręgosłup moralny nadweręża uczynienie sobie z tej okoliczności "procedury" życiowej.

Na czym polega trzeci sposób podwyżek? Otóż jeśli na Uniwersytecie Wrocławskim kogoś się zwolni lub wyśle na emeryturę, a na to miejsce NIKOGO się nie przyjmie, czyli etat zlikwiduje, to „zaoszczędzoną pensję”. można rozdać na podwyżki dla instytutowego koleżeństwa. Jest to w kompetencjach dziekana (tutaj dziekana Wydziału Filologicznego). Przypomnę, że dziekanem Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego w latach 2004-2012 był rusycysta Michał Sarnowski. Przedtem dziekanem był Władysław Dynak, polonista (też z Wojciecha z Brudzewa), który – śmiem twierdzić – we wszystkich posunięciach w stosunku do IFS UWr. kierował się zdaniem ówczesnego dyrektora IFS Tadeusza Klimowicza (też z Wojciecha z Brudzewa).

Czyżby to miało związek z faktem, drodzy bohemiści, że wraz z uruchomieniem wieczorowych studiów bohemistycznych na długie lata spadły na Was wielkie góry nadliczbówek (do 100 procent godzin), płatnych nieszczególnie, nieopłacalnych (jak twierdzili pracujący tam magistrzy i doktorzy)?  Profesorowie na wieczorówce dostawali jednak stawkę wysoką (czeskiej literatury uczył tam dyrektor prof. Tadeusz Klimowicz).  Wracając do niechcianych nadliczbówek: najwięcej pretensji – wyrażanych głośno i z oburzeniem – miała do mnie, jako do bezpośredniej przełożonej (nigdy nie byłam kierownikiem wieczorówki, ale odpowiadałam za obciążenie bohemistów godzinami, czyli przydzielałam im zajęcia liczbowo) pani mgr Alena Zipser, na którą razem z nadliczbówkami wypadało około 400 godz. w każdym semestrze. Inni koledzy też się oburzali i te dodatkowe godziny przyjmowali z niechęcią.

Kiedy jednak kolejno przedstawiałam dyrektorowi Klimowiczowi młodych czeskich filologów chętnych do pracy we Wrocławiu (panie Jana Wojtucka - teraz już doktor, mgr Alena Heroutová, podania trzech dalszych panów mam w biurku), to otrzymywałam odpowiedź, że „etaty są zamrożone”, nikogo nowego do pracy nie trzeba i absolutnie przyjąć nie można (poza tym musiałby to być gotowy już doktor – sic!).  Z rzekomej konieczności bohemiści musieli więc ciągnąć te dodatkowe godziny przez następne lata.

W tych czasach kilka lub nawet kilkanaście osób z Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. poszło na emeryturę, więc zlikwidowane etaty posłużyły do podwyżek (choć nie dla bohemistów oczywiście).  Taki pogląd wyraziłam na Radzie Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. w dniu 25 stycznia 2011  i w ciągu pół roku, tuż przed profesurą belwederską, wyleciałam z pracy.

Kiedy w roku 2004 zmienił się dyrektor, do pracy przyjęto kolejno kilka nowych bohemistek (lub osób, które się za nie podawały, jak się później okazało – sic!), ale pojawiły się nowe „niemożności”. Co roku na każde miejsce na bohemistyce ubiegało się 6-7 osób (na innych kierunkach zainteresowanie było o wiele mniejsze), ale w żaden sposób „nie można było” otworzyć jeszcze jednej grupy na I roku studiów (sic!). Zgłaszałam sprawę na Radach IFS, rozmawiałam indywidualnie z dziekanem Sarnowskim – i nic. Dziekan śmiał mi się w oczy, „to nie takie proste” mówił, ale naprawdę to proste było (wystarczy zgłosić taki punkt na Radę Wydziału Filologicznego: jako kierownik zatem pisałam podania do dyrekcji, ale ta sprawa w ogóle nie trafiła na Radę IFS!!!). W roku 2010 bohemiści dostali również grant wyszehradzki (50 tysięcy euro) na uruchomienie nowej specjalizacji magisterskiej, więc utworzenie dwóch grup byłoby jeszcze bardziej uzasadnione. Rusycyści utrącili to jednak w głosowaniu na Radzie IFS w  maju 2011, pieniędzy nie podjęto, specjalizacji nie otwarto, a w czerwcu 2011 ja wyleciałam z pracy pismem rektora UWr. z końca tego miesiąca (antydatowanym tydzień wstecz).

Wracam znów do poprzednich lat. Sztuczne utrzymywanie studiów wieczorowych w pierwszych latach wieku XXI (w IFS wieczorówka była tylko na bohemistyce) miało dwa cele:

1. Po pierwsze chodziło o złudzenie, że IFS częściowo na siebie zarabia, bo podobnie jak anglistyka czy germanistyka jakieś studia wieczorowe prowadzi.  Z wpłat studentów odpisuje się 25 procent na rzecz UWr.

2. Po drugie utrzymywanie studiów wieczorowych, czyli zmuszanie połowy studentów bohemistyki, aby za naukę płacili (nawet więcej niż połowy, bo przez kilka lat na studiach wieczorowych były dwie grupy!),  było finansową rekompensatą dla profesorów-rusycystów uczących na tej wieczorówce . Czyli: tu „coś” im odjęto (już nie było zlikwidowanych etatów dla rozebrania na podwyżki) – z drugiej strony jednak „coś mieli”.

[Dodam jeszcze dla wyjaśnienia, że NIGDY na studiach wieczorowych nie prowadziłam literatury czeskiej, ZAWSZE prowadzili ją rusycyści.  Na początku istnienia tych studiów, jeszcze jako doktor, miałam tam czesko-polski przekład. Swoje pierwsze wykłady z literatury czeskiej (ciekawostka dla moich przyszłych biografów?) prowadziłam na Uniwersytecie Warszawskim,   dojeżdżałam tam co dwa tygodnie. Dopiero choroba prof. Galon-Kurek, rusycystki,  spowodowała, że tu też zaczęłam uczyć czeskiej literatury - tylko na studiach dziennych.

W ciągu przeszło 21 lat mojej pracy na pełnym etacie na Uniwersytecie Wrocławskim i w ciągu przeszło 21 lat pełnienia funkcji kierownika Studium języka i Kultury Czeskiej, w roku 1998 przekształconego w Zakład Bohemistyki w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, nigdy nie zapraszano mnie na rozmowy przygotowujące Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej (inaczej:  na zebrania kierowników zakładów). Ściślej rzecz biorąc zaproszono mnie jeden jedyny raz  – stąd wiem, że te zebrania w ogóle się odbywały.]

Przez kilka kolejnych lat można było zatem utworzyć drugą, a nawet trzecią grupę bohemistyczną w Instytucie Filologii Słowiańskiej UWr. (kandydaci byli dobrzy, czwórkowo-piątkowi, pytałam na egzaminach wstępnych; było mi żal, że prawdopodobnie nie będę uczyć tych kandydatów), ale odmówiono im przyjęcia na studia dzienne w sposób sztuczny, żywiono bowiem nadzieję, że napędzi się ich na studia płatne. 

I co Wy na to, mili kandydaci z lat mniej więcej 2000-2008 oraz mili rodzice tych kandydatów, którzy płacili za licencjackie studia bohemistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim?

Zofia Tarajło-Lipowska