BOHEMISTYKA WROCŁAWSKA

Tłumy, tłumy! O sensie pracy zawodowej filologa

Tłumy, tłumy! O sensie pracy zawodowej filologa

 

       Jakież to tłumy na wstępie wszystkich witają? Otóż „tłumy” to domowy skrót językowy od wyrazu „tłumaczenia”. W „Nowym Kapoanie”, książce ponoć „prześmiesznej i mądrej” (jak napisał o niej  Piotr Kofta), jest taka zmyślona scenka: z wizyty u znajomych wychodzimy wcześniej, usprawiedliwiając się, że musimy iść do domu, bo czekają na nas „tłumy”. Znajomi pytają, czy zmieniliśmy zawód i sprzedajemy schab po cenach promocyjnych. „Tak naprawdę” czekają nas jednak tłumaczenia do wykonania.

       Schabu, nawet po cenach promocyjnych, jest dziś w Polsce pod dostatkiem, poza tym ciągle przybywa tych, którzy rezygnują z obżerania się nim. Nauką – dokładniej: pseudonauką – też nie powinniśmy się obżerać, żeby kością schabową w gardle nam nie stanęła (jak mnie). Poza tym preferowanie schabu w codziennym menu może zagrozić jelitu grubemu czy innym niezbędnym organom, a nawet przyspieszyć miażdżycę mózgu (zwłaszcza miłośnikom obfitego raczenia się wieprzowiną „pod wódeczkę”).

       Dla filologa lepsze są wspomniane „tłumy”, czyli tłumaczenia. O zarabianiu na życie na tłumaczeniach literackich czy na innych tłumaczeniach artystycznych nie będę się wypowiadać, boć bez źródła stałych i dobrych zamówień trudna to sztuka, ale od strony intelektualno-emocjonalnej czynność to nader przyjemna; znam parę osób, które nie mogą bez niej żyć. Doskonale te sympatyczne osoby rozumiem. Przetłumaczyłam z czeskiego (tylko?) dwie książki, obie na zamówienie, obie dla Wydawnictwa Dolnośląskiego, za obie mi zapłacono, choć nie były to pieniądze wielkie. Naukowych książek wydałam więcej, za żadną mi nie zapłacono, wręcz do nich dołożyłam (np. sama zapłaciłam za ilustracje do „Historii literatury czeskiej”), w dodatku z powodu ich napisania porządnie mi „dołożono” podstępnym kopniakiem z fleka (i to wymierzonym poniżej pasa). Dostałam trochę pieniędzy za mój podręcznik do polskiego (było to bardzo dawno, przed 20 laty, starczyło akurat na zmywarkę do naczyń, która – odpukać! – funkcjonuje do dziś) i dostałam niewielkie kwoty za humorystyczne książki popularnonaukowe (tzw. Kapoany). Ale nic to w porównaniu z TŁUMACZENIAMI UŻYTKOWYMI!

         Mili Adepci Filologii, sztuka tłumaczenia to nie ta słynna pseudonauka, w której nawet słaby artykuł jakoś się przepchnie, przewód doktorski sam się przed protegowanym magistrem otworzy (na przykład na temat „Obraz wojny w literaturze rosyjskiej i polskiej” – tak brzmiała promotorska propozycja pani dyrektor na Radzie IFS UWr.!), a studentom na ćwiczeniach zamydli się oczy, zadając do przetłumaczenia własny tekst (zadaje cudzoziemiec, żeby jakąś korzyść z tego miał, prawda?) lub każąc sprawdzić swoje tłumaczenie. Sztuka tłumaczenia to nie rzekome „ćwiczenia z komunikacji międzykulturowej”, na których – i to na wyższych studiach filologicznych! – ćwiczy się okoliczności sprzedaży marketingowej (sic!), bowiem niemajętna pani doktor sama sobie taką sprzedażą dorabia (na lewych zwolnieniach lekarskich).

         Nie, biura tłumaczeń dbają o poziom, adekwatność i precyzję tłumaczenia - właściciele biura sprawdzą tekst, zaznaczą miejsca wątpliwe, przyczepią się do ortografii, stylu czy nawet interpunkcji, a z drugiej strony docenią słowność tłumacza, szybkość, dotrzymanie terminu. Tłumaczenie na język obcy zlecą tylko native speakerom lub dadzą je im do sprawdzenia. Nie jest bynajmniej tak, jak w tej pseudonauce, że prowadzący filolog-doktor może nie przyjść na kilka kolejnych zajęć i potem jeszcze mieć pretensje do studentów, że w dyrekcji ośmielili się naskarżyć na jego nieobecność.   Taki fakt mi zgłaszano, jeszcze jako kierownikowi Zakładu Bohemistyki: chodziło, dodam, o studentów wieczorowych, a więc płacących za studia. Po kilku semestrach pani Anna Zura, na którą wówczas się skarżono, z niższym niż ja stopniem naukowym i na niższym stanowisku, została... p.o. kierownikiem tego Zakładu zamiast mnie! (patrz też wpis: Jak rektor Uniwersytetu Wrocławskiego naruszył prawo - dokumenty, wpis z dnia 25 czerwca 2014).

         U tłumacza pracującego na zlecenie, jeśli swoją pracę źle wykona, biuro tłumaczeń po prostu żadnych nowych zadań nie zamówi. Biura tłumaczeń czy kancelarie prawne bardzo szybko zorientują się, kto swoją pracę psuje, kto terminu nie dotrzyma, po kim właściciel lub pracownik biura musi poprawiać, bo tłumacz jest niedbały lub ze szkoły średniej wyniósł marną znajomość polskiego (właściciel zatem musi nad tym siedzieć po nocach, bo on z kolei odpowiada przed klientem).

        Ilość i jakość pracy jest tu dokładnym miernikiem: jeśli mamy wyższe umiejętności oraz dłużej i pilniej pracujemy, to kwoty, które wpłyną do naszej kieszeni, bardzo bezpośrednio i namacalnie, będą wyższe. I to bez niczyjej łaski, bez kolesiostwa i bez podlizywania się osobom, którym wcale nie mamy ochoty się podlizywać. W pseudonauce bowiem bywa, że jak ktoś wdrapie się na stanowiska decyzyjne, to kręgosłup ma już tak w esy-floresy powyginany, że przypomina raczej pogiętą  karykaturę człowieka niż homo sapiens normalnego, wyprostowanego i honorowego.  

Tylko nieudacznicy życiowi rozglądają się po koneksjach, podpórkach, załatwieniu „dobrych recenzentów", ale z czasem nabiorą wstrętu do samych siebie.

         Niech zatem żyje sztuka tłumaczenia//przekładu, bo tu nie trzeba się przed nikim tłumaczyć z absurdów, z tępienia studenckich plagiatów na przykład - podczas gdy dla zamydlenia oczu dziekan, człowiek o dwóch twarzach, oficjalnie ogłasza „edykt”, że je tępi -  ani przedkładać niegodziwości i dwuznaczności ocen nad podstawową ludzką uczciwość. Człowiek sam mierzy się własną miarą, wie, co jest wart. Nie wartościują go zmówieni pseudonaukowcy w przywódczych funkcjach (zmówieni między sobą, obcym od tego wara!!), którzy nad wszelkie dobro, naukowe i publiczne, wyżej cenią wygodne miejsce usadowienia swego siedzenia.  

    NIEDOBREGO TŁUMACZENIA NIKT NIE KUPI, ALE ZŁEGO PROWADZĄCEGO ZAJĘCIA STUDENT FILOLOGII MUSI „KUPIĆ” Z CAŁYM „DOBRODZIEJSTWEM” JEGO NIERZETELNOŚCI I NIEKOMPETENCJI (np. nieznajomości języka, którego niby się naucza) – JAKO ELEMENT PODPIERAJACY UKŁAD DECYDENCKI

                          prof. dr hab. Zofia Tarajło-Lipowska