BOHEMISTYKA WROCŁAWSKA

Siłą bezsilnych jest jawność III

Siłą bezsilnych jest jawność III

 

1. Jakimż to cudem rusycystycznej dyrekcji Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego i byłemu dziekanowi Wydziału Filologicznego-rusycyście oraz dr Annie Zurze (razem z „koleżanką”) udało się mnie wykopać z pracy zaledwie parę miesięcy po wydaniu przeze mnie „Historii literatury czeskiej” i tuż po złożeniu przez tych samych rusycystów wniosku o moją profesurę belwederską?

 

2. Dlaczego rusycyści, którzy władną w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, tak bardzo dążyli do „przegonienia” z pracy na Uniwersytecie Wrocławskim prof. Jaroslava Lipowskiego (ówczesnego dr hab. prof. nadzw.), choć wydał on tutaj pięć książek naukowych (dotyczących trzech filologii słowiańskich i napisanych w trzech językach), a wszyscy inni samodzielni naukowo językoznawcy-slawiści w tym samym Instytucie wydali po jednej książce, najwyżej dwie książki?

 

 

Skupiam się na pytaniu pierwszym, odpowiedź na drugie samo się nasunie.

Po pierwsze:

Z powodu układów i zobowiązań zawartych między rektorem a dziekanami na Uniwersytecie Wrocławskim oraz między dziekanem a dyrektorami na Wydziale Filologicznym tego Uniwersytetu, które nie wynikają ani ze statusu UWr., ani z obowiązującej uchwały o szkolnictwie wyższym w Rzeczpospolitej Polskiej, są tylko niepisaną, nieoficjalną i nielegalną w istocie umową, zawieraną w trakcie wyborów do ww. funkcji, na którą osoby piastujące funkcje się powołują, wywierając nawzajem na siebie naciski. 

Po drugie:
Z takiego powodu, że sprawcy tych niekorzystnych dla nauki, uczelni i studentów faktów, aby swój niecny cel osiągnąć, nie brzydzą się kłamstwem i posługują intrygami lub fałszywie zasłaniają się niedopowiedzeniem istotnych faktów, co w określonych okolicznościach ma wartość kłamstwa.

 

Rozwinięcie pierwszego twierdzenia.

Wyjaśniam, że chodzi o obietnicę złożoną przez obecnego rektora dziekanom i dyrektorom, że zawsze będzie popierał ich zdanie, że nie będzie autorytetem ostatecznym, że swoje sądy podporządkuje ich mniemaniu. Dzięki temu został wybrany na rektora.

Mam o tym wiążącą wypowiedź (pisemną) jednej z osób wchodzących w skład wyżej wymienionego garnituru, poza tym przekonują mnie o tym moje własne przeżycia. Proszony o podpisanie ze mną umowy o pracę rektor UWr. odesłał mnie z tą sprawą do ówczesnego dziekana Wydziału Filologicznego (rusycysty Michała Sarnowskiego), abym go przebłagała, radząc mi jednocześnie, aby formą przebłagania były... łzy.

 

Podobną umowę (obustronną obietnicę) zawarł dziekan Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego z dyrektorami instytutów. Od osoby wiarygodnej wiem, że w trakcie moich protestów przeciw represjom, jakie mnie niezasłużenie spotkały, protestów, jakie wygłosiłam w ramach „wolnych wniosków” na Radach Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego (dziekan Sarnowski dwukrotnie nie dopuścił mnie do głosu na Radach WF, nadużywając swych uprawnień) tenże dziekan zwrócił się do wszystkich dyrektorów instytutów na Wydziale Filologicznym z prośbą o pozostawienie mu „wolnej ręki” w mojej sprawie. No więc w imię tej umowy mu dali tę wolną rękę - zamknęli oczy i zatkali uszy na dobro Uniwersytetu i na obrzydliwe aspekty szykan, jakie mnie spotkały.

 

Rozwinięcie drugiego twierdzenia

Kłamstwa polegają między innymi na tajeniu tego, co się dzieje w Instytucie, przed studentami. Przedstawiciele studentów formalnie wchodzą w skład Rady Instytutu, ale przez 21 lat uczęszczania na posiedzenia Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. NIGDY ich nie widziałam. O konieczności zachowywania tajemnicy przed studentami często się przypomina, zwłaszcza dba o to pan Kusal (ostatnio mianowany kierownikiem Centrum Języka „Innego niż Czeski”): powtarzając w kółko z autentyczną troską „żeby tylko studenci się nie dowiedzieli” (jakby studenci i pracownicy byli wrogimi sobie szczepami indiańskimi, np. Siuksami i Komanczami). Protokoły z rad Instytutu sporządza się tendencyjnie, fałszuje, zatwierdza te nowe protokoły po kilku miesiącach, kiedy już nikt nic nie pamięta, nikomu się nie chce w to wnikać. Nie ma praktyki (jak na przykład w Czechach), że protokoły na bieżąco publikuje się w Internecie.

Jak pan Lipowski na drzwiach gabinetu napisał, co sądzi o takich ukrywanych i ustawianych uchwałach rady instytutu, to urządzono nad nim dosłownie taniec czarownic (z wyssanymi z palca oskarżeniami i sfałszowaniem anonimu włącznie) – ostateczny skutek jest taki, że pracuje na Uniwersytecie w Hradcu Králové.

 

Na intrydze oparte było doprowadzenie do tego, że złożyłam wymówienie z pracy i jednocześnie prośbę o ponowne zatrudnienie po to, aby oprócz pensji pobierać emeryturę. Zrobili tak zresztą WSZYSCY pracownicy, którzy byli w odpowiednim do tego wieku, ale jedyną osobą, przeciw której to wykorzystano, byłam ja, Zofia Tarajło-Lipowska.

Stosownej rady udzielił sam rektor, prof., Bojarski: wizytując Radę Wydziału Filologicznego w dniu 7.06.2011 powiedział (cytuję) „Nie mogę wam podwyższyć pensji, ale kto może, niech się stara o emeryturę, trzeba złożyć dwa ww. podania..., ja zawsze podpiszę, jeśli Rada Wydziału zaakceptuje.” W moim przypadku Rada WF nie miała okazji zaakceptować mego „podania o ponowne zatrudnienie” – wyleciałam z pracy, bo dziekanem Wydziału Filologicznego był pan Sarnowski, a rektor uzależnił swoją decyzję od jego zdania (na początku kadencji zobowiązał się do akceptowania dziekańskich zachcianek – patrz: początek wpisu).

Intryga była rozgałęziona, miała swoje podintrygi, głównymi rozgrywającymi byli dziekan Sarnowski (rusycysta), dyrektor Paszkiewicz (rusycystka) i pani Zura, opolska polonistka, która na moich plecach dostała się na UWr., a następnie szybciutko wykorzystała niechęć do mnie dwojga wymienionych rusycystów - w czasie mego urlopu naukowego z mojej podwładnej nagle została awansowana na moją szefową (p.o. kier.). Stało się to zresztą niezgodnie z prawem, o czym świadczy poniższa para oficjalnych pism:

Jezierski, Bojarski.JPG

 

Dramatyczna intryga skierowana przeciw mnie

 

Ekspozycja

Już w roku 2010 upominałam się o podwyższenie mi pensji, ponieważ zauważyłam, że koledzy zatrudnieni na takich samych stanowiskach (dr hab. prof. nadzw. UWr.), którzy pracują o wiele krócej i o wiele mniej niż ja, mają pensje wyższe. Ja w tym momencie miałam za sobą 40 lat pracy zawodowej, z tego 25 w funkcjach kierowniczych (5 lat na Politechnice Wrocławskiej i przeszło 20 lat na Uniwersytecie Wrocławskim), ponadto wydałam właśnie „Historię literatury czeskiej”. Dziekan Sarnowski najpierw odmówił mi informacji o średniej pensji na stanowisku, które zajmuję, zasłaniając się nieznajomością przepisów (nie znał Ustawy o jawności życia publicznego - sic!), ale po moim ponowieniu tej prośby z podaniem odpowiedniego paragrafu informacji mi udzielił. Poniżej reprodukuję oba pisma:

Sarnowski, 2010.JPG

Dodam, że w momencie udzielania mi tej informacji moja pensja wynosiła około 3400 zł. Doszły do tego potem jakieś nieduże wyrównania – i z tąże pensją po niecałym roku zostałam wyekspediowana na przymusową emeryturę (w trakcie której zresztą zostałam mianowania profesorem belwederskim)

 

Zawiązanie akcji:

W czerwcu 2011 na emeryturę wcale się nie wybierałam. Uwierzyłam rektorowi Bojarskiemu, że jest to sposób na podwyższenie sobie dochodów (moje upominanie się na Radzie IFS UWr. i u prorektora UWr. Władysława Dynaka nie dało żadnych rezultatów): 14 czerwca 2011 złożyłam dwa odręczne podania: jedno o przeniesienie na emeryturę, drugie o ponowne zatrudnienie. Dwa dni później zadzwoniła do mnie do domu sekretarka Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. p. Aldona Rogula:

- Wie pani co... to trzeba poprawić... to trzeba napisać inaczej... ja poślę pani e-mailem oba teksty – Teksty, które zostały tej pani podyktowane przez dziekana Sarnowskiego, szybko do mnie doszły, wydrukowałam je.

Zwróciło moją uwagę to, że na obu pismach były już moje nagłówki z adresem.

Wzbudziło to pewne podejrzenie – nie powiem, że nie zwróciło – ale znajoma adwokatka była zdania, że już samo odwołanie mnie z funkcji kierownika (powyżej reprodukowane) nie było zgodne z prawem, więc podpisanie (lub niepodpisanie) i tak się nie liczy. Podpisałam więc i złożyłam.

 

Rozwój akcji – I część:

Moje ponowne zatrudnienie ma przegłosować Rada IFS UWr. na posiedzeniu 21 czerwca 2011. Uroczyście ubrany dziekan Sarnowski (który dotąd zawsze mówił, że w budynku na Pocztowej dziekanem nie jest, tylko zwykłym członkiem Rady IFS) wita mnie na korytarzu ironicznym „Dzień dobry, pani profesor!”, wszyscy zachowują się trochę podejrzanie, w czasie Rady piją szampana, moja sprawa jest pierwsza (dyskretnie wychodzę na korytarz). Okazuje się, że połowa obecnych osób głosuje przeciw zatrudnieniu mnie (3 osoby dyrekcji, 3 osoby to dziekan i świta, dwoje byłych dyrektorów, pani Zura i jeszcze ktoś), czyli 10 osób, z tego 8 to rusycyści. Reszta (rusycystów i kilkoro osób z „mniejszych” filologii) rozkłada się na tych „za” i tych „wstrzymujących się”.

W sumie przegrywam – trudno, jutro pójdę wycofać podanie o emeryturę.

 

Rozwój akcji – II część

22 czerwca 2011 o godz. 8.00 udaję się do działu kadr Uniwersytetu Wrocławskiego. Mojego podania o emeryturę tam jeszcze nie ma, ale wkrótce przychodzi sekretarka Aldona Rogula z IFS na Pocztowej, odmawia wydania mojego podania (takie ma instrukcje od dyrektor Paszkiewicz) – oddaje je kierowniczce kadr, która „już wie, o co chodzi”, odbiera i zamyka w czeluściach swego sejfu.

[Gdybym pisała sztukę teatralną, zapewne wprowadziłabym motyw fizycznego ataku na sekretarkę w celu odebrania pisma siłą albo na kierowniczkę kadr (w tym samym celu) bądź nawet motyw włamania do sejfu. Było to bowiem dla mnie sprawą życia i śmierci – zdeterminowało moje późniejsze życie.] Jednak nie piszę sztuki – na razie piszę trzy jednakowo brzmiące podania wycofujące podanie o emeryturę (profesorowie pracują minimum do 70 lat, często bywa, że pracują dłużej). Piszę to odręcznie na kiwającym się, okrągłym stoliku na korytarzu koło schodów, czyhając na rektora Bojarskiego, którego jednak cały czas nie ma, doczekuję się tylko dziekana Sarnowskiego, przemierzającego korytarz, widzi mnie i robi  złośliwą minę. Składam odręcznie napisane podania w rektoracie, w dziekanacie WF i w dziale kadr. Oddycham z ulgą, że uniknęłam niebezpieczeństwa. Siedzę tam do godz. 15.00, rektora nie ma: mam zadzwonić w następnym tygodniu w środę, bo w poniedziałek i wtorek rektor będzie w Warszawie.Poniżej reprodukuję pismo, które pozostawiłam w rektoracie 22 czerwca 2011 koło godz. 12.

C:\fakepath\Oświadczenie 22.06.2011 (1).JPG

 C:\fakepath\Oświadczenie 22.06.2011 (2).JPG

Punkt kulminacyjny (a może dwa, nawet trzy punkty)

29 czerwca 2011, w środę, jestem u rektora Bojarskiego w towarzystwie dwóch kolegów, żeby upewnić się, czy dostał moje podanie wycofujące podanie o emeryturę (ciągle go jeszcze nie mam w ręku!). Rektor jest życzliwy, ale odsyła mnie do dziekana Sarnowskiego (- Cześć, Michale... - umawia mnie telefonicznie na jutro), na odchodnym radzi mi rozpłakanie się przed dziekanem (moi koledzy chichotają, bo znają mnie raczej jako twardą szefową). [A co na to inni naukowcy rodzaju żeńskiego? Czy rektor Bojarski nie odkrył, co sobie naprawdę o nich myśli?]

30 czerwca 2011 – jestem u dziekana Sarnowskiego, który nie dopuszcza mnie nawet do głosu (moich kolegów zostawił za drzwiami), nie dyskutuje ze mną, tylko kilkakrotnie i twardo mówi „nie!” (może się umówił z rektorem w sprawie tego płaczu?). Wychodzę zdenerwowana i zniesmaczona, wszystko jest tak idiotyczne, że aż nierealne.

W tym samym czasie – pani Paszkiewicz robi zebranie z Zakładem Bohemistyki i mówi na nim... że być może pani Tarajło-Lipowska wróci do pracy, bo właśnie rozmawia z dziekanem Sarnowskim (???)

 

Rozwiązanie akcji (ale brzydkie) i – jednocześnie - rozwiązanie umowy o pracę

 

W lipcu dostaję list polecony z Uniwersytetu Wrocławskiego, w którym rektor Bojarski bardzo się cieszy, że mógł pozytywnie zareagować na moją prośbę o rozwiązanie umowy o pracę w związku z przejściem na emeryturę. I drugi list, że odmawia podpisania ze mną dalszej umowy o pracę. Oba są wysłane z UWr. 8 lipca, ale umieszczone na obu pismach daty to 22 CZERWCA 2011, czyli tydzień PRZED pamiętną rozmową z rektorem Bojarskim, który radził mi, abym się przed dziekanem Sarnowskim rozpłakała, bo to wzrusza męskie serca. [W tej całej sprawie – myślę – pocieszający jest tylko ukryty komplement rektora Bojarskiego – że ja swoim kobiecym urokiem jestem zdolna wzruszyć twarde męskie serce dziekana Sarnowskiego.]

 

Ciąg dalszy kłamstwa

 

Na jesieni tego roku trzy czeskie poważne instytucje naukowe wstawiają się za mną u rektora Bojarskiego, Wyrażają zaniepokojenie sytuacją bohemistyki wrocławskiej, która tak świetnie się rozwijała, wskazują na moje zasługi: książki, konferencje... itp.

Wszystkie trzy dostają jednozdaniową odpowiedź rektora, że pani Tarajło-Lipowska na własną prośbę udała się na emeryturę. Z całą mocą podkreślam: nie jest to prawda, zostałam oszukana – ze szkodą dla nauki, dla Uniwersytetu Wrocławskiego, dla studentów...

 

Dalszy ciąg brzydkich rzeczy

 

Późną jesienią 2011 do pana Lipowskiego (który pracował na UWr. jeszcze o semestr dłużej), jako do jedynego wtedy profesora-bohemisty, zgłaszają się studenci bohemistyki ze skargą, że zajęcia z nimi wcale się nie odbywają: są odwoływane albo prowadzący nie przychodzą. Pani Zura (p.o.kier.) jest właśnie na swoich wyjazdach marketingowych pokrytych zwolnieniem lekarskim (już wcześniej, za mego kierownictwa takie wyjazdy miewała). A więc dyrektor Paszkiewicz robi zebranie bohemistów – i mówi na nim, że to wszystko... jest winą „państwa Lipowskich" (patrz też wpis na tym blogu z 14.11.2012: Exposé demontera IFS wygłoszone... : wpis zawiera parodię, ale autentyczne wystąpienie też tam zostało zacytowane, razem z jego oryginalną  - w sensie původní - pisownią i składnią).     

 

Intryżki poboczne

W jaki sposób pani Paszkiewicz skłoniła moich kolegów, aby ten stan rzeczy zaakceptowali? Przynajmniej kilka pań skłoniła? Dwie panie były przecież wypromowanymi przeze mnie doktorami, trzy panie robiły u mnie magisterium. Zawsze byłam wyrozumiała i pomocna.

Otóż wykorzystano przeciw mnie dwie moje twórcze inicjatywy: pomysł utworzenia Katedry Bohemistyki lub Katedry Zachodniosłowiańskiej oraz zaawansowany już bardzo pomysł magisterskiej specjalizacji „wyszehradzkiej” (na który przyznano już grant w wysokości 50 tys. euro), SKŁAMANO (w ślad za rządzącymi rusycystami powtarzała to gorliwie pani Zura), że utworzenie katedry pociągnie za sobą wręczenie wypowiedzeń wszystkim pracownikom, którzy potem mogą być przyjęci do nowo utworzonej jednostki albo też mogą być nie przyjęci do pracy na UWr.

Ryzyk-fizyk, a tu każda pani ma jakoś „przymało” tych artykułów, każdej z tych pań rusycystyczna dyrekcja „robi łaskę”, pisząc pozytywną opinię.

Jeśli chodzi o grant wyszehradzki i o inne moje projekty rozszerzenia dydaktyki, to dyrektor Paszkiewicz „wzięła w obronę” biedne panie bohemistki przed „okrutną” panią Tarajło-Lipowską, która straszy je koniecznością rozszerzenia specjalizacji i przygotowania sylabusów nowych przedmiotów.

I nieustannego uczenia się!

Autentyczne! Mam zapisane w protokole zebrania!

[Czy te chwyty „polityczne” nie przypominają hitlerowskich czy stalinowskich metod „brania w obronę” małych narodowości przed administracją państwową, która te małe, biedne narodowości gnębi? Czy przypadkiem pod tym pretekstem Hitler nie okrawał przedwojennej Czechosłowacji?]

 

Czyje interesy reprezentował pan Michał Sarnowski, będący języczkiem u wagi „w mojej sprawie”?

Czy interes nauki – NIE

Czy interes uczelni – NIE

Czy interes Wydziału Filologicznego (był wtedy dziekanem) – NIE

Czy interes Instytutu Filologii Słowiańskiej (choć obsada dyrekcji jest „z układu”), rozumianego jako interes kilku filologii – NIE

Oboje Lipowscy byli u progu profesury tytularnej, o czym pan Sarnowski z  poplecznikami bardzo dobrze wiedzieli (Lipowską sami wnioskowali na profesora, a wniosek Lipowskiego zrazu odrzucili - niby z powodów formalnych - było jednak jasne, że zaraz po obronie doktorantki wniosek zostanie ponowiony, bo Lipowski dorobek ma duży i znaczący). Ważność danej placówki naukowej określa liczba profesorów tytularnych (w IFS UWr. jest z tym mizernie: w językoznawstwie żadnego, a w literaturoznawstwie dwoje rusycystów), zatem pozbycie się obojga Lipowskich tuż przed profesurą jest PODWÓJNYM GOLEM SAMOBÓJCZYM strzelonym Instytutowi Filologii Słowiańskiej, Wydziałowi Filologicznemu i Uniwersytetowi Wrocławskiemu.     

A może pan Sarnowski reprezentował interes grupki osób w IFS powiązanych wzajemnymi korzyściami (aby mieć jak najwyższe możliwe pensje, oddalić moment pójścia na emeryturę, jeszcze ją podwyższyć i jeszcze coś dorobić, nawzajem podrzucać sobie prace do zrecenzowania, bo za to też jest jakaś gratyfikacja, itp. ) – oczywiście TAK

Nareszcie jakieś TAK, ale to „tak” jest nieuczciwe i niezgodne z intencjami społeczeństwa. Korupcji nie chcemy, jest finansowana z naszych pieniędzy, z naszych podatków.