BOHEMISTYKA WROCŁAWSKA

kodeks etyczny pracownika naukowego

Co robią paniusie na Erasmusie

                              MOTTO WPISU

                             Tu konsekwentny swój zamiar tłumaczę:

                              wciąż przeciw wam chcę wszystko inaczej,

                              a jeśli miano „człowiek” wam przysługuje,

                              to z człowieczeństwa chętnie zrezygnuję.

                                        (tłum. Zofia Tarajło-Lipowska)

                                Zde můj pevný úmysl je vysloven:
                                věčně vám chci býti ve všem neroven,
                                a náleží-li jméno "člověk" vám,
                                i člověčenství milerád se odříkám.

                                                   (Karel Havlíček Borovský)

 Co robią paniusie na Erasmusie

Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie. Takie będzie chowanie, jakich mają nauczycieli. Przede wszystkim nauczycieli akademickich.

             Jest pewien instytut w pewnym uniwersytecie, pani dyrektor i dwie panie wicedyrektor jadą na stypendium Erasmus, dajmy na to do Wilna, Rygi lub Tallina. Jadą w czasie wakacji, kiedy żadne zajęcia się nie odbywają. Życzliwe uniwersytety, dajmy na to w Wilnie, Rydze lub Tallinie zaświadczą jednak, że wykłady się odbyły. Dlaczego? Bo poziom uczciwości jest tam podobny.

            Oczywiście nic podobnego nie może się zdarzyć w Austrii, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii. Dlaczego? Nie tylko dlatego, że wykłady w czasie wakacji uniwersytetowi wysyłającemu wydałyby się podejrzane, ale również dlatego, że nauczyciel akademicki nigdy by na coś podobnego sobie nie pozwolił.

            A tak? Fundusze z Unii Europejskiej to przecież okazja! Okazja podobna do tych spinaczy, długopisów i papierów do maszyny, których w czasach dążenia do komunizmu można było sobie nanosić z pracy, ile wlezie. I nikt się nie gorszył.

            Nic to, że przeszło 600 euro z UE otrzymuje się za wykłady dla studentów, a koszty podróży osoby wysłanej z wykładami pokrywa uczelnia wysyłająca. Obie są przecież „państwowe”. A więc można je oszukiwać do woli, tym bardziej że ani kontrole unijne, ani kontrole rzeczonego uniwersytetu nie działają. Grunt, żeby były papierki, potwierdzenia, bilety kolejowe czy samolotowe itp. A czy rzeczony uniwersytet obchodzi, że te oszustwa to dzieło ludzi „na stołkach”, którzy decyduję o losach innych?

            Pytam, czy przynajmniej jednej z tych rzekomo wykładających pań nie starcza, że pobiera jednocześnie pensję i emeryturę? To jeszcze musi łakomić się na nieuczciwie zarobione pieniądze? Przekonanie, że UE "daje" za darmo, manna spada z nieba, jak ktoś odpowiednio się ustawi,  podobnie jak przekonanie, że nieznyt hojnie finansowany uniwersytet powinien fundować przejazdy na te mniej czy bardziej luksusowe wakacje, nie przystoi komuś, kto ma zawód cieszący się podobno społecznym prestiżem, i kogo studenci nazywają profesorem.

           O który uniwersytet i instytut chodzi? O ten właśnie, w którym ten fakt miał miejsce. Jeśli to przypadkiem ten sam uniwersytet, który mnie przed przeszło dwoma laty wyrzucił z pracy, to tym lepiej. Większy to bowiem honor dla mnie.

 

Powyższy wpis ukazał się wcześniej na blogu z datą 15.11. 2013 i nosił wtedy tytuł "Na marginesie powieści, ale też kryminał". Inne kryminogenne aspekty fałszywie pojmowanego tzw. Erasmusa zostały poruszone m.in. we wpisach:

28.04.2014 "Uwagi do pewnego wyroku sądowego",

25.05.3014 "Post scriptum, ale nie post factum"  i 27.04.2014 "Aż słuchać hadko!"

                                 Zofia Tarajło-Lipowska